Naturalnie w Równowadze > Modele ekoterapii > Terapia lasem > Sama rozmowa nie wystarczy. Historia, która zaczęła się od buntu mojego ciała

Sama rozmowa nie wystarczy. Historia, która zaczęła się od buntu mojego ciała

Opublikowano: 16/07/2026
Sylwia Kieszkowska

Psycholożka, psychoterapeutka i certyfikowana ekoterapeutka. Współzałożycielka platformy Naturally Balanced i twórczyni programu Biomimicry for Social Innovation (Biomimicry 3.8). Zgłębia relację między ciałem a umysłem, ze szczególnym uwzględnieniem osi jelitowo-mózgowej i wspierania osób żyjących z chorobami przewlekłymi i rzadkimi, łącząc podejścia psychoterapeutyczne z praktykami opartymi na naturze.

Środek lipca. Stoję w lesie, który właśnie teraz osiągnął szczyt swojego życia. Jest tu tyle gęstej, pulsującej zieleni, że zacierają się granice pojedynczych drzew. Las przypomina jeden, potężny, oddychający organizm. . . 

. . .Kiedy tak stoję, wsłuchana w miarowy szum liści, wraca do mnie pytanie, które przez lata słyszałam w najróżniejszych formach: 

Skąd właściwie wziął się ten projekt?  

Dlaczego ekoterapia?

Mogłabym opowiedzieć o lukach na rynku, o trendach w psychologii, o poszukiwaniu nowych metod. Ale to nie byłaby prawda.

Dziś odpowiem z całkowitą szczerością. Ta droga nie zaczęła się od starannie zaplanowanej strategii biznesowej, ani od akademickich poszukiwań. Zaczęła się w momencie, w którym mój własny, prywatny świat nagle się zatrzymał. Zaczęła się od buntu mojego ciała, które pewnego dnia kategorycznie odmówiło mi współpracy.

Diagnoza, której nie było w planie

Diagnoza spadła na mnie niespodziewanie i brutalnie. Rzadka, postępująca, zapalna choroba wątroby. Bez istniejącego, dostępnego leczenia. Schorzenie na tyle nietypowe, że dotyczy mniej niż stu osób na milion – i to głównie mężczyzn. Znalazłam się w ułamku statystyki.

Jako psychoterapeutka i psychogastroenterolożka przez całe życie zawodowe ufałam w potęgę rozmowy. Wierzyłam, że to, co uświadomione i wypowiedziane, traci nad nami władzę. Zrobiłam więc to, co wydawało się jedynym logicznym krokiem – zaniosłam swój lęk i ból do gabinetu. Pracowałam nad sobą uczciwie, odważnie, przez wiele długich miesięcy.

I rozmowa rzeczywiście mi pomagała. Krok po kroku rozumiałam siebie coraz lepiej – rozplątywałam supełki swojej przeszłości, nazywałam schematy, rozpoznawałam wewnętrzne napięcia. Mój umysł stawał się spokojniejszy.

Jednak . . . moje ciało wciąż płonęło . . .

Stan zapalny, który trawił (trawi) mnie od środka, miał moje piękne, intelektualne wglądy w głębokim poważaniu. Przyszedł moment przerażającej bezsilności. Chwila, w której musiałam stanąć przed samą sobą i przyznać coś, co dla profesjonalisty jest niezwykle bolesne: 

Sama rozmowa nie wystarczy. . . 

Mój wyczerpany, przebodźcowany układ nerwowy nie zamierzał wyregulować się tylko dlatego, że „zrozumiałam” problem. Znalazłam się w ślepym zaułku. Rozbiłam się o mur na milion kawałków. Moje ciało błagało o coś, czego mu odmawiałam – o język, który potrafi zrozumieć.

Ucieczka do lasu

Pierwszy krok nie wyglądał jak żadna metoda. Wyglądał jak ucieczka.

Zaczęłam uciekać do lasu — nie dlatego, że przeczytałam o tym w badaniach, tylko dlatego, że tylko tam mój organizm na chwilę odpuszczał. Wychodziłam z gabinetu, w którym analizowałam siebie na wszystkie możliwe sposoby i szłam między drzewa, gdzie nie musiałam analizować niczego. I wtedy zauważyłam pierwszą rzecz, która dała mi nadzieję: po godzinie w lesie mój oddech był inny. Głębszy, wolniejszy — jakby ktoś zdjął z mojej klatki piersiowej niewidzialny ciężar.

Postanowiłam potraktować ten sygnał poważnie. Skoro medycyna patrzyła na moje wyniki, a terapia na moje myśli, ja zaczęłam patrzeć na moje ciało. Zrobiłam z niego laboratorium. Obserwowałam, co dzieje się z moim snem, z moim jelitem, z moim napięciem — po dniu w mieście i po godzinie wśród drzew, po rozmowie o chorobie i po chwili prawdziwej ciszy. Notowałam. Sprawdzałam. Powtarzałam to, co działało, i odkładałam to, co okazywało się tylko ładną teorią.

Równolegle sięgnęłam po pracę z ciałem. Po latach traktowania go jak zepsutą maszynę, którą trzeba naprawić, uczyłam się go słuchać — czuć napięcie, zanim stanie się bólem, wyłapywać sygnały, zanim staną się objawami. To była najtrudniejsza nauka mojego życia. Nikt mnie wcześniej nie uczył czuć. Uczono mnie rozumieć.

Nie było w tym nic linearnego. Były tygodnie poprawy i nawroty, które podcinały mi skrzydła (nadal są!). Ale kierunek stawał się coraz wyraźniejszy: wszystko, co realnie pomagało, przechodziło przez ciało, nie przez głowę.

Czego nauczyło mnie własne ciało

Wtedy jeszcze brakowało mi na to odpowiednich pojęć. Dziś je mam, a za moimi plecami stoją lata badań klinicznych i twardej nauki.

Rozmowa, choć niezbędna w procesie leczenia, toczy się w korze mózgowej. Ale przewlekły stan zapalny, dysregulacja, dramatyczne sygnały z osi jelitowo-mózgowej – to wszystko toczy się piętro niżej. W autonomicznym układzie nerwowym. A ten układ nie mówi po polsku. Nie rozumie naszych racjonalnych argumentów ani błyskotliwych metafor.

On mówi językiem najstarszym z możliwych. Rozumie oddech, ruch, temperaturę, dotyk i rytm bicia serca. Rozumie też środowisko, w którym przebywamy, ponieważ przez setki tysięcy lat to właśnie otaczająca nas natura nadawała sygnał: „Jesteś bezpieczna. Możesz przestać walczyć”.

W świecie nauki nazywamy to interocepcją – zdolnością odczuwania wewnętrznych stanów ciała. Dziś wiemy, że jest ona absolutnym fundamentem regulacji emocji. Nie da się jej wytrenować intelektem. Trzeba ją praktykować ciałem.

Zaczęłam więc szukać nowej drogi. Weszłam w pracę somatyczną. Zaczęłam budować regularny, świadomy kontakt z naturą – to nie był już tylko spacer z podcastem na uszach, ale radykalna, głęboka obecność. Uczyłam się na nowo zarządzać własnym układem nerwowym. Krok po kroku. Miesiąc po miesiącu.

Nie opowiem Ci tu hollywoodzkiej bajki o cudownym uzdrowieniu z dnia na dzień, bo to uchybiałoby powadze nauki i mojej historii. Poza tym, historia ta jeszcze się nie zakończyła.

Opowiem Ci coś znacznie ważniejszego: moje ciało w końcu zaczęło odpowiadać. Tam, gdzie intelektualna praca się zatrzymała, praca przez ciało i naturę poprowadziła mnie dalej. Tej wiedzy nie mogłam już „odzobaczyć”. Zmieniła mnie bezpowrotnie – jako pacjentkę i jako terapeutkę.

Rok 2020: sesje prowadzone z lasu

Ten projekt zaczął kiełkować w 2020 roku, w samym środku pandemii.

Spędzałam wtedy większość czasu w lesie — do którego, swoją drogą, dostęp bywał momentami odgórnie ograniczany. Pracowałam wówczas w fundacji Feminoteka. To był dramatyczny czas dla kobiet: lockdown zamknął wiele z nich w czterech ścianach z ich oprawcami.

Najtrudniejsze sesje zaczęłam prowadzić z lasu. Początkowo z prostego powodu — tam miałam siłę je udźwignąć. Ale po krótkim czasie poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Las nie tylko wspierał mnie. Natura dookoła zaczęła stawać się częścią procesu terapeutycznego.

Z gabinetu do projektu

Kiedy wróciłam do pracy z pacjentami z nowym zestawem narzędzi, dostrzegłam schemat, który ścisnął mnie za serce.

Na moim fotelu siadali ludzie tacy sami, jak ja jeszcze niedawno. Z krzyczącymi objawami somatycznymi, z zaburzeniami na osi jelitowo-mózgowej, z ciałami uwięzionymi w trybie wiecznej walki. Ludzie, którzy odbyli świetne terapie opierające się na rozmowie i z impetem uderzyli w ten sam mur. Nie dlatego, że ich terapia była zła. Dlatego, że była niekompletna.

Kiedy dokładałam do naszej pracy elementy somatyczne i te oparte na relacji z naturą, ich ciała z ulgą potwierdzały to, co wcześniej uratowało mnie.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że praca jeden na jeden to za mało. Godzina w gabinecie pomaga jednej osobie. Ale godzina, w której przekażę tę wiedzę innym specjalistom, pomoże setkom ich pacjentów. Tak narodził się ten projekt edukacyjny. Z chłodnej matematyki i z palącego przekonania, że narzędzia przynoszące ulgę nie mogą być wiedzą tajemną dla nielicznych. Uczę dziś tego, co przeszło najtrudniejszy test – test na moim własnym ciele i na ciałach moich klientów.

Czym ekoterapia jest, a czym nie jest

W tym miejscu muszę wyprostować jedno powracające nieporozumienie.

Ekoterapia to nie są tylko kąpiele leśne. Sprowadzanie jej do weekendowego spaceru między drzewami to jak twierdzenie, że psychoterapia polega na siedzeniu w wygodnym fotelu.

Ekoterapia to fundamentalna zmiana paradygmatu zdrowia. Wyrasta z twardego faktu: człowiek jest systemem żywym, nierozerwalnie zanurzonym w innych systemach żywych. Twój układ nerwowy, Twój mikrobiom, Twoje relacje z bliskimi i las za Twoim oknem to nie są osobne dziedziny. To jeden, wspólnie oddychający mechanizm. Jeśli leczysz tylko jeden fragment, ignorując resztę, dostajesz dokładnie to, co ja dostałam na początku: wyłącznie częściowy efekt.

Pomyśl o rzece. Rzeka nie płynie dlatego, że „postanowiła” płynąć. Płynie, ponieważ ukształtowanie terenu, opady i grawitacja tworzą warunki, w których ten ruch jest nieunikniony. Proces zdrowienia działa identycznie. Nie wymusisz go decyzją. Możesz jednak – z cierpliwością i wiedzą – stworzyć w swoim ciele i środowisku warunki, w których to zdrowienie staje się znów możliwe.

Efekt Kaskady

Jeśli miałabym ująć misję całego mojego projektu w jednym zdaniu, nazwałabym to Efektem Kaskady:

Obecność jednej osoby uruchamia uzdrawianie jej relacji, a uzdrowione, uregulowane relacje stają się siłą, która uzdrawia nasze środowisko.

To nie jest zgrabne hasło marketingowe. To zasada, która kieruje (prawie) każdą moją decyzją. Człowiek z wyregulowanym układem nerwowym ma wreszcie przestrzeń, by dawać, zamiast tracić energię na przetrwanie. A ludzie żyjący w zdrowych relacjach zupełnie inaczej traktują świat wokół siebie. Nie uczę więc prostych „technik relaksacyjnych”. Uczę profesjonalistów i pacjentów sposobu życia, w którym zdrowie jednostki i zdrowie planety wreszcie spotykają się w jednym punkcie.

Dlaczego dzielę się z Tobą tą historią?

Ponieważ dojrzałam do tego, by wyjść z nią poza ściany gabinetu i sale szkoleniowe.

Jeśli jesteś specjalistą, który podskórnie czuje, że słowa to czasem za mało – ten projekt powstał właśnie z Twojej tęsknoty. Jeśli jesteś pacjentem, którego ciało krzyczy z bólu, a diagnozy nie przynoszą ulgi – chcę, żebyś wiedział, że Twoje objawy to nie jest wyrok. To niezwykle ważna informacja.

Zaproszenie

Zostawiam Cię dziś z zaproszeniem do prostego eksperymentu. Zrób to w tym tygodniu. Wyjdź do najbliższego kawałka zieleni – parku, na skraj lasu, czy pod samotne drzewo w mieście. Zostaw telefon. Zostań tam przez 15 minut w ciszy. Nie musisz niczego naprawiać. Zauważ tylko, co po tym czasie robi Twój własny oddech.

To jeszcze nie jest ekoterapia. Ale to jest ten pierwszy, kluczowy moment, w którym Twoje ciało zaczyna przypominać sobie drogę do domu.

Sylwia

Sylwia Kieszkowska

Psycholożka, psychoterapeutka i certyfikowana ekoterapeutka. Współzałożycielka platformy Naturally Balanced i twórczyni programu Biomimicry for Social Innovation (Biomimicry 3.8). Zgłębia relację między ciałem a umysłem, ze szczególnym uwzględnieniem osi jelitowo-mózgowej i wspierania osób żyjących z chorobami przewlekłymi i rzadkimi, łącząc podejścia psychoterapeutyczne z praktykami opartymi na naturze.